Byłam korpoludkiem …

Pewnie większość z Was wie, kto to jest ten korpoludek, pewnie większość z Was ma w rodzinie takiego korpoludka, bo jest nas wielu. Pracujemy w korporacjach od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu.

Nie wiem jak to się stało, że oddałam korporacji 10 lat mojego życia, a teraz leczę depresję i szukam swojego miejsca, w którym poczuję się swobodnie i przestanę w końcu myśleć: ile jeszcze mam raportów przygotować, planów, analiz itd.? Nie pracowałam na wysokim stanowisku, byłam po prostu przedstawicielem handlowym.

Na początku musiałam przejść różne trudy wdrożenia się do pracy, szkolenia, spotkania regionalne. Jedno z tych szkoleń, szczególnie mi utkwiło w pamięci. Była północ jak stałam na korytarzu z kartką w ręku i przygotowywałam się do scenki – są to „ulubione” zajęcia szkoleniowe przedstawicieli. Jedna osoba gra klienta, druga jest przedstawicielem, a dookoła pozostali pracownicy, przełożeni, trenerzy czasami kamera. Jeszcze dziś pamiętam ten stres, który towarzyszył mi, moim kolegom i koleżankom.

Jakoś to przeszłam - nie miałam innego wyjścia, ale wracając do domu samochodem potwornie zmęczona fizycznie i psychicznie (zajęcia od 8.00 rano do 2.00 w nocy - to nie pomyłka druga rano) chciałam zrezygnować.

Dlaczego tego nie zrobiłam? Potrzebowałam pracy, a przecież to była dobrze płatna praca.

Przez te 10 lat nie raz zadawałam sobie pytanie: co ja tutaj robię? Czułam, że to nie jest dla mnie. Pewnego razu na spotkaniu cyklowym podczas wystąpienia naszego głównego szefa usłyszałam słowa, w których firmę porównał do maszyny, do walca. Na koniec padły słowa: „albo jesteś częścią walca, albo jesteś częścią jezdni”. I dziś sądzę, że tak właśnie postępują korporacje z zasobami ludzkimi. Jesteś na topie, masz dobre wyniki, jest super. Dostajesz premie, nagrody, klaszczą ci, masz kontrolę, ale kiedy tylko choć trochę spadniesz w wynikach, twoja wartość dla korporacji też nagle spada.

Sposobów wywierania nacisku na ludzi jest od groma, przecież firmy nie szczędzą finansów na tego typu narzędzia. Dziś w dobie kryzysu wszyscy przedstawiciele bez względu na branże, wiedzą jak ciężko dźwigać do góry, czy choćby nawet utrzymać sprzedaż. Natomiast wszyscy wyżej mają to gdzieś, plan musi być zrobiony i to rosnący - przez ciebie albo przez innego pracownika. Stale odbierałam maile „pamiętajcie, pracujecie w kluczowym kwartale”, „walczymy do końca” – a ja pytam: jakiego końca, mojego, firmy? To jest dokładnie tak jak śpiewają w programie Majewskiego: „… końca nie widać, końca nie widać, nie widać…”.

Wszyscy moi współtowarzysze to ludzie młodzi, którzy założyli rodziny bądź dopiero planują, obarczeni kredytem na mieszkanie czy dom. Muszą zarabiać na utrzymanie, a rynek pracy wszyscy wiemy jaki dziś jest. Godzimy się na wszystkie procedury obowiązujące w firmie, bo  nie mamy innego wyjścia. Tak nam się przynajmniej zdaje. W tej chwili, właśnie teraz rozpoczęłam poszukiwanie tego innego wyjścia.

Mogłabym chyba napisać książkę o tym, jak ciężko pracuje się w korporacjach. A gdyby odezwali się jeszcze inni przedstawiciele, dzieląc się swoimi przeżyciami, to jestem przekonana, że powstałaby nie mała biblioteczka. Przecież jest Nas tak wielu, każda firma chcąc dziś coś sprzedać musi mieć przedstawicieli – pracowników, którzy mimo ciężkich czasów na rynku sprzedadzą towar, usługi, którzy zaprezentują firmę, poszukując dla niej klientów, przekonując ich, aby chcieli skorzystać z tego, co oferuje ich firma a nie inna. W zawodzie przedstawiciela tak łatwo o wypalenie, o zmaganie się z różnego rodzaju problemami, nałogami, bo przecież jakoś trzeba odreagować ten stres. Tempo pracy jest tak szybkie jak jazda samochodem, przecież musimy wszędzie zdążyć. Nie raz słyszałam na CB radiu, jak klną na przedstawiciela, bo jedzie jak wariat, a ja dziś sobie myślę - biedny korpoludek - wydaje mu się, że nadal potrafi spełnić oczekiwania swoich szefów …

Jestem na początku swojej nowej drogi i powiem Wam, że nie jest łatwo. Najpierw wizyta u pani psycholog, jestem tak wykończona, że przez całe spotkanie ryczę. Nie myślcie, że byłam taka odważna i powiedziałam sobie dość, biorę się za siebie. Był jednak ktoś bliski, kto zauważył, w jakim jestem stanie, ktoś, kto zrobił to za mnie. Umówił mnie na spotkanie i pojechał tam ze mną. Słyszę od pani psycholog – pani jutro nie jedzie już do pracy! Pani niewątpliwie zmaga się z depresją.

Byłam jeszcze jeden dzień w pracy, ale z BURZĄ myśli w głowie: co ja robię? Przecież mamy z mężem kredyt do spłacenia, z jego pensji nie damy rady …

Ale wiedziałam też, że nie dam rady więcej. Moje wewnętrzne JA już od dawna krzyczało głośno NIE. Poszłam do swojego lekarza rodzinnego wzięłam zwolnienie z zaleceniem dalszego leczenia u specjalisty.  Chyba z trzy godziny trwało zanim udało mi się napisać i wysyłać smsa do mojej szefowej, aby powiadomić, że od następnego dnia nie ma mnie w pracy. Nie zdziwi nikogo, że spotkałam się z jej oburzeniem - poszłam na zwolnienie lekarskie tuż przed kontrolą wyżej postawionego przełożonego. Jej teksty i zachowania naprawdę żenujące.

Potem pierwsza wizyta u psychiatry, straszna trema i wstyd razem mieszające się ze sobą. To dziwne jak głęboko jest zakorzenione w nas przekonanie, że to wstyd jest chodzić do psychiatry. W Stanach Zjednoczonych nikogo to nie dziwi, wręcz przeciwnie tam bardzo dużo osób korzysta z pomocy psychoterapeutów. Potem reakcja firmy- odbiór wszystkich narzędzi pracy (zwykła procedura przy przedłużającym się zwolnieniu lekarskim), jak wrócę to mają mi podobno oddać, ale ja wiem jak to się robi, widziałam to nie raz, podczas mojego zatrudnienia. Tu nie ma powrotów, przecież moja szefowa od zeszłego roku od października straszyła mnie zwolnieniem, teksty typu: nie płyniesz z nurtem, albo ten pociąg jedzie z tobą albo bez ciebie. No cóż zabrali to wszystko, myślę sobie teraz: w końcu złapię oddech, spokojnie popracuję z moją panią psycholog, ale nie to, by było zbyt proste. Dostałam dziś wezwanie z ZUS na kontrolę do orzecznika. Teraz im muszę udowodnić, że nie udaję.

Kiedy w końcu to się skończy, kiedy uwolnię się od strachu i stresu? No cóż, pojadę na komisję i zobaczymy, co mi powiedzą. Podjęłam decyzję, że muszę zmienić swoje życie, dalej brnąć już nie mogłam. Mam wrażenie, że przechodzę jakąś kolejna walkę, aby znaleźć dla siebie - nowe miejsce, w którym będę się realizować, gdzie do pracy pójdę spokojna. Bo o słuszności tej walki jestem przekonana i będę walczyć do końca! Przecież tego jestem nauczona …

Autor "Były korpoludek"

  • 24 maja 2013

  • Administrator

  • 1


Komentarze

mariobros

21 listopada 2016 22:10

pozdrowienia dla wszystkich korpoludków z Polski, niech Was korporacja nie 'stłamsi' korzystajcie z życia także w pracy... :)